Gdy usiądziemy i pomyślimy do czego właściwie potrzebne jest Państwo, odpowiedź tylko na pozór wydaje się oczywista. Bo czy nie istnieją ludy, które nie osiągnęły tego poziomu organizacji społecznej, a przecież trwają, rodzi się zatem pytanie o jakość tego trwania.
Czym jest więc Państwo, że podbite Narody zrywają się, by je odzyskać? Jaką realną wartość Ono stanowi, że nieposiadanie Go jest czymś najgorszym, co może się przytrafić Narodowi, który już raz Je posiadał? Jeśli nawet przy olbrzymim wysiłku Narodów, udaje się zachować ciągłość i odrębność kulturową oraz historyczną, to przecież jednak gros z Nich zdobywa się na morderczy wysiłek, by posiadać własne Państwo.
Pytam więc jeszcze raz – cui bono?
Po co Narodowi Żydowskiemu było po przeszło dwu tysiącach lat odzyskiwać swe Państwo? Czy nie radził On sobie wcale dobrze w diasporze? Otóż jeśli przypomnimy sobie los przeciętnego Żyda, Roma czy Polaka po wybuchu II Wojny Światowej nagle wszystko ustawia się w innej perspektywie. Bo nie wystarcza Wspólnota, jako taka, nawet jeśli potrafi Ona utrzymać się przy własnej tożsamości , nawet jeśli jej byt ekonomiczny nie jest zagrożony, nawet jeśli cieszy się Ona wielkimi swobodami i przywilejami. Nie wystarcza, gdyż powodem formowania się państw było w przeszłości zagrożenie m i l i t a r n e, zewnętrzne w stosunku do danej Wspólnoty. Zresztą granice współczesnych państw to często w przybliżeniu linie frontów lub współrzędne znaczników na mapie, na stołach konferencyjnych, wojna jest jak powszechnie wiadomo przedłużeniem polityki.
Zauważył to zjawisko Kraszewski, który sięgając w mroki Historii, kreślił Dzieje Polan, czy Słowian w ogóle. Plemiona prapolskie, żyjące w swobodzie dość luźnej Wspólnoty szczepów czy rodów, nie mających ani pana nad sobą ani urzędnika, ani księcia, ani króla, ani żadnej innej zwierzchności, stanęły przed wyborem: zginąć wolnym czy też ugiąć kark przed Władzą wyłonioną spośród siebie samych. Trudno bowiem utrzymać Wolność, gdy oskrzydlają nas sąsiedzi zorganizowani w potężne organizmy państwowe, mający jak najbardziej ofensywne zamiary. Sąsiedzi, których celem jest grabież i podbój. Wtedy oddajemy część naszej Wolności, by ratować życie, czy też substancję Narodu, jak chcą inni. To wspólne zagrożenie buduje napięcie pomiędzy sferą wolności osobistej a sferą praw i obowiązków. Im wyższy poziom organizacji, tym sprawniejszy organizm państwowy, ale im sprawniejsza ta Machina, a jej tryby kręcą się precyzyjniej – jednostka tym mniej ma Wolności.
Do czego w ogóle nam potrzebny ten przydługi wstęp? Otóż, Europa, w sensie – jej lewicowy trend ideowy, ogłosiła koniec państw narodowych. Widmo nacjonalizmu wisi nad światem jak mgła nad Siewiernym. Mamy strzec się wszelkich przejawów spontanicznego, oddolnego i niekontrolowanego patriotyzmu – wiadomo – tak rodził się faszyzm. Świat musi stać się globalną wioską, skończył się podział na państwa i narody.
Czy Naród nie jest wartością, do której odwoływały się całe pokolenia? Co zostanie po nas, gdy już wyprzemy się wiary przodków, ich tradycji, ich wartości, ich samych wreszcie? Co przekażemy naszym następcom? Czy będą oni czerpać z doświadczeń i wartości wieków minionych czy też owładnięci ideą Wolności od… wszystkiego, zbudują nowy wspaniały świat, który umrze wraz z nimi?
Średniowiecze zdefiniowane jako „ciemne i zacofane wieki średnie” potrafiło jednak przetrwać plus minus tysiąc lat! Czy jakakolwiek epoka ery nowożytnej może pochwalić się podobnym wynikiem? Wydaje się, że im więcej dana epoka ma w sobie kontrkultury i negacji osiągnięć ją poprzedzających, tym krótsze i żałośniejsze jest jej trwanie.
Czy nie temu właśnie służą wartości Narodu, że konserwują system i są łącznikiem między pokoleniami, a zatem zapobiegają pogrążeniu się ludzkości w chaosie indywidualizmów? Czy wolność absolutna jest rzeczywistym dobrem człowieka? Zerwania ze zniewalającą jednostkę tradycją, wprowadza się pod płaszczykiem walki z faszyzmem i nacjonalizmem, zapominając, że to nie istnienie Narodów jest zarzewiem wojen, lecz niechęć do rozwiązywania konfliktów na drodze pokojowej.
Czy Naród można czymkolwiek zastąpić, podłożyć inne znaczenie pod to pojęcie? Twórcy Nowego Lepszego Ładu twierdzą, że tak. Gratulujemy im optymizmu. Żadne dekrety nie spoją ludzi we wspólnotę, odgórnie narzuconą, wymyśloną, zaprojektowaną, tak jak nie zdołał tego dokonać marksizm-leninizm (który, nota bene również zwalczał pojęcie Narodu). Nie zdołają tego osiągnąć, gdyż ta wspólnota rodzi się poprzez doświadczenia całych pokoleń, poprzez ich wzloty, ich upadki, ich niedole, ich ciężkie nieraz dzieje, ich nadzieje, ich zwątpienia, ich odstępstwa, ich niewierności i ich powroty do samych siebie.
Można wyrwać z serc ludzkich i usunąć z pamięci jej (wspólnoty narodowej) tradycje, Jej wartości, Jej bohaterów i Jej zaprzańców (w dużej mierze się to udało np. Sowietom z Polakami), ale nie sposób na rozkaz nic trwałego w zamian zbudować. Można, owszem, narzucić siłą, terrorem, propagandą, zakłamywaniem, wybielaniem, oczernianiem, odbrązawianiem nową mentalność, system wartości, nowe obyczaje, nowe przesądy, ale nie sposób nikogo tą drogą zmusić do umiłowania tego „novum”. Do uwewnętrznienia, uznania za immanentną część własnej osoby. Do oddania życia za nie, do ofiary w obronie tego, czego się całą duszą nie umiłowało.
A tak jest z Narodem. On żyje nawet, gdy odebrać Mu Jego ziemię, Jego Imię, Jego suwerenność, Jego… nic Go nie unicestwi – jeśli tylko On sam do tego nie dopuści, gdyż…
Póki w narodzie myśl swobody żyje,
Wola i godność, i męstwo człowiecze,
Póki sam w ręce nie odda się czyje
I praw się swoich do życia nie zrzecze,To ani łańcuch, co mu ściska szyję,
Ani utkwione w jego piersiach miecze,
Ani go przemoc żadna nie zabije –
I w noc dziejowej hańby nie zawlecze.Zginąć on może z własnej tylko ręki:
Gdy nim owładnie rozpacz senna, głucha,
Co mu spoczynek wskaże w grobie miękki –I to zwątpienie, co szepcze do ucha:
Że jednym tylko lekarstwem na męki
Jest dobrowolne samobójstwo ducha.
W tle tych rozważań przywołajmy obraz Ukrainy. Odłóżmy na bok na chwilę współczucie i na chłodno przeanalizujmy, co takiego właśnie dzieje się na naszych oczach. Naród, tak długo zniewolony, że już prawie zapomniał o swojej „Swobodzie” (a może właśnie nie zapomniał?) w obliczu śmiertelnego zagrożenia przywołał pamięć o swych korzeniach sięgających aż po fenomen Siczy – tego embrionu państwowości.
Nie umarła Ukraina,
Póki żyją ludzie (…)
Póki na Majdanie
Duch kozacki ogień daje
Nic Jej się nie stanie
Czy autor tego utworu świadomie nawiązał do pierwszych słów Mazurka Dąbrowskiego – tego nie wiem. Ale wiem, że jeśli przyznajemy Ukrainie i jej prawowitym mieszkańcom prawo do nierównej walki w obronie „Samostijnej”. Schizofrenią byłoby odmawianie takiego prawa tym wszystkim Polakom, którzy wobec dwóch totalitaryzmów XX wieku poderwali się do „bezsensownej” wg dzisiejszej narracji walki. Bo czym różni się opór polskiego społeczeństwa od oporu społeczeństwa ukraińskiego? Chyba tylko tym, że to ostatnie jeszcze nie dało sobie wmówić tego wszystkiego, co już wmówiono znacznej części Polaków, że wszelka walka przeciwko silniejszemu najeźdźcy jest bezrozumnym przelewaniem ludzkiej krwi, a za przykład stawia się nam koniunkturalną kolaborację Czechów i Słowaków z niemieckim okupantem.
Dziś też słychać czasem głosy, że Ukraińcy powinni poddać się wyrokowi historii, czyli po prostu zaakceptować i z pokorą przyjąć swój los. Rosyjski niedźwiedź znowu ryczy – rzeka wraca do swego koryta. Narody słabsze po raz kolejny zawalczą o swój byt. To tylko geopolityka przypomniała twardo o sobie. Niemrawa polityka sankcji, noty dyplomatyczne, repertuar gestów i słowa, słowa, słowa. A ponad głowami maluczkich – wielka polityka i jeszcze większe interesy. Kto ma bronić interesów Ukraińców jeśli nie oni sami? Kto ma to robić w imieniu Polaków, Gruzinów, Francuzów czy Niemców?
Czy członkostwo we wspólnocie innej niż narodowa gwarantuje realną solidarność w obliczu prawdziwych zagrożeń? Doświadczenie minionych pokoleń uczy, że owszem tak, dopóki interes narodowy nie weźmie góry nad różnego rodzaju „ententes cordiales”. A wcześniej czy później zawsze to on bierze górę.
Unia polsko-litewska, chociaż była niewątpliwym osiągnięciem politycznym i społecznym, nie była przecież ucieleśnieniem jedności i harmonii. Wręcz przeciwnie – każde kolejne interregnum przebiegało pod znakiem zapytania: czy związek ten je przetrwa? Litwa (za Pawłem Jasienicą) jako człon znacznie mniej politycznie dojrzały, dążyła do oderwania się przy każdej możliwej sposobności. Posuwała się w tym aż do szaleństwa zamysłu oddania mitry wielkoksiążecej carowi Wszechrosji, zapominając, że obok Zakonu, Moskwa była jej – Litwy – odwiecznym i śmiertelnym wrogiem.
Możni litewscy nie brali nawet pod uwagę różnicy w sprawowaniu rządów: tu Respublica Serrenissima, tam – Samodzierżawie wcielone. A przecież Litwa weszła w skład Unii na mocy dobrej woli jej Dziedzica i Suwerena. Choć układ ten sprawdzał się, szczególnie w warunkach wspólnego militarnego zagrożenia – jednak Litwini – co trudno im mieć za złe – dążyli jednak do niezawisłości, odrębności, samodzielności. Zatem względy narodowościowe przeważyły, bo każdy naród, o ile posiada resztki samoświadomości, dąży do autonomii i jest to jego niezbywalne prawo, o czym pisał już przecież Paweł Włodkowic.
Czy mamy więc „gniewać się” na Litwę, że pragnęła tego, czego pragnie każdy naród, czego sami tak mocno pragnęliśmy w okresach zniewolenia – prawa do samostanowienia o sobie? Jeszcze dobitniej widać siłę tego „żywiołu” w kontekście rodzącej się w bólach samodzielności politycznej Rusinów, z okresu powstań kozackich, będących wówczas przecież poddanymi polskiego króla. Nie będzie to nadużycie, jeśli uznamy, że Ruś jako taka, była jeszcze mniej politycznie dojrzała niż Litwa – więcej, nie istniała jako byt polityczny. Stało się tak dlatego,że Ruś nie miała swojej reprezentacji politycznej – w większości weszła w skład Unii jako scheda, owoc wcześniejszych podbojów Litwy, a nie jako równorzędne państwo czy państwa. Ponadto – elity ruskie uległy polonizacji, czego dobrym przykładem jest książę Jeremi Wiśniowiecki – Rusin, który posunął się w tej asymilacji aż do konwersji na katolicyzm. Jednak żywioł ruski trwał, wrzał i nawet nie podsycany umiejętnie przez Moskwę i jej Cerkiew, szukał ujścia dla swych politycznych aspiracji.
Tu dochodzimy do samego sedna naszych rozważań – powodu, dla którego Narody domagają się dla siebie możliwości reprezentowania swych zbiorowych, żywotnych interesów. Otóż, naród pozbawiony tej reprezentacji – traci swój głos, swój „mandat”, gwarantujący mu możliwość – na drodze pokojowej – realizowania swych potrzeb. Swych często najbardziej podstawowych potrzeb – prawa do własnego wyznania, do kultywowania obyczajów przodków, do własnej historii, aż po prawo do własnego języka.
Właśnie, wspólny a jednocześnie odmienny od innych język tak bardzo łączy i spaja, że w biblijnym przekazie Bóg pomieszał ludziom języki, aby ta różnorodność nie dopuściła do stworzenia jednej, wielkiej machiny państwowej, która wszystko zunifikuje, zniweluje wszelkie odmienności, a tym samym wytrąci ludzkości z rąk jej ostatnią broń – solidarność, która budzi się w obliczu śmiertelnego zagrożenia. Zagrożenia tego co znane, wspólne, umiłowane. Tego, co czyni nas wspólnotą – więzi plemiennej, na podstawie której definiujemy naszą przynależność kulturową, która jest praźródłem naszej mentalności i sposobu wartościowania.
Zróbmy eksperyment myślowy: co stałoby się, co mogło by się stać, gdyby tak powstał jeden, całkowicie zunifikowany, „oczyszczony” z odmienności kulturowych monolit społeczno-państwowy? Do czego społeczeństwo takie miałoby się odwoływać? Do prawa? Ale jakiego, czyjego? Przez kogo stanowionego? Kto miałby je reprezentować politycznie? I przed kim? Można by takie pytania mnożyć prawie w nieskończoność, ale jedno wydaje się być pewne, społeczeństwo totalne to pierwszy krok do powstania państwa totalitarnego.
Pierwsza Rzeczpospolita dlatego właśnie powstała, że społeczeństwo (głównie szlachta, ale także mieszczanie) było silnie zindywidualizowane, nie monochromatyczne chciałoby się rzec. Choć tak wielu współczesnych wytyka tę naszą rodzimą „anarchię” jako jedną z głównych naszych wad-specjalności narodowych, to jednak trzeba jasno zaznaczyć: w takim społeczeństwie, narodzie, państwie nigdy, ale to nigdy nie powstanie totalitaryzm. Można go jedynie narzucić z zewnątrz przemocą – a i tak nie zagości na długo.
Dlaczego? Ze względu na brak jednomyślności. Dopiero gdy ludzie staną się niczym ławica ryb zgodnie poruszająca się w jednym kierunku, w umysłach ich powstaje „podglebie”, w którym to co jednakie, niezróżnicowane, jednym słowem – totalne, zapuszcza swe korzenie. A im wyższy poziom zgodności „wszystkiego ze wszystkim” tym głębszy proces totalizacji.
Współczesny totalitaryzm nie musi być wcale brutalny. Wręcz nie powinien, jeśli chce uśpić naszą czujność. Wystarczy, jeśli będzie lekki, łatwy i przyjemny w odbiorze, a z pewnością w umysłach ludzkich wyjałowionych z wątpliwości, odzwyczajonych od nawyku myślenia, znajdzie sobie dogodne warunki do rozwoju. Przykład? Wystarczy kilka sekund oglądania reklam codziennie, by ludzie podświadomie szukali na półkach zachwalanych tam produktów.
Tak bowiem działa umysł ludzki. Jeśli podawać mu regularnie acz w przyjemnej formie (ładnie zwizualizowane i z akompaniamentem przyjemnej, najlepiej relaksacyjnej muzyki) wybrane bity informacji, zostaną one „wdrukowane” nawet wbrew woli odbiorcy. Staną się częścią jego podświadomości, a będzie to podświadomość „zbiorowa”, bo dotycząca milionów ludzi na całym świecie – miliony z nas są podłączone do źródeł masowego przekazu, niczym bohaterowie obrazu „Matrix”. Nie wiedzą, że tylko śnią, dopóki ktoś gwałtownie nimi nie potrząśnie, nie odłączy ich umysłu od programu-macierzy.
Widzimy więc, że różnice pomiędzy ludźmi, narodami, kulturami są pożądane. Więcej, są koniecznością, jeśli mamy ocalić wolność i jednostkę ludzką od losu kółka zębatego we wnętrzu bezdusznej Machiny. Państwo, jak już to wcześniej zostało zaznaczone jest dobrem, ostoją dla bytu Narodu. Ale, nie wtedy jeśli osuwa się w totalitaryzm. Bardzo łatwo zachwiać tę delikatną równowagę pomiędzy praworządnością a zniewoleniem osoby ludzkiej.
Czy ludzkość stać na luksus bycia bezkształtną masą, jednym wielkim globalnym kołchozem, gdzie wszelkie odruchy samoobrony utoną w morzu politycznej poprawności, a zresztą – kto będzie powstawał przeciw Cywilizacji Idealnej? Kto będzie kontestował zasadność jej istnienia? Bo przecież nie klony skrojone dokładnie na miarę jej potrzeb…
Pedagog z wykształcenia. Podróżniczka z zamiłowania. Patriotka od urodzenia.